Geopolityka zawładnęła internetem, a za sprawą jego dominacji w obiegu informacyjnym również debatą o stanie świata - tą intelektualną (na uniwersytetach, konferencjach i w wywiadach z ekspertami), i tą popularną (w podcastach, filmikach, rolkach, „szybkich wątkach” na X, wcześniej znanym jako Twitter).
Tylko na YouTube kanałów z geopolityką w ich nazwie lub opisie są dziesiątki, a liczba ich subskrybentów idzie w miliony, jeśli brać pod uwagę tylko twórców z Polski. Skala popularności geopolityki rośnie o rząd wielkości, gdy uwzględnić globalną podaż i konsumpcję kanałów prowadzonych po angielsku, a staje się nie do ogarnięcia we wszystkich innych językach. #Geopolitics to bodaj najpopularniejsze „hasło wyszukiwania” wpisywane przez poszukujących wiedzy, informacji lub dyskusji o globalnych przemianach, relacjach międzypaństwowych i wojnach (handlowych, cyfrowych, energetycznych oraz kinetycznych, gorących).
Zarezerwowana dawniej dla naukowców o wąskich specjalnościach, publikujących w niszowych pismach (bo rzadko w mediach drukowanych o szerszym zasięgu), ponad sto lat po zaistnieniu jako pojęcie stała się składnikiem intelektualnej masowej konsumpcji. Popularność tę napędził z jednej strony przyspieszający bieg światowych spraw, generujący zainteresowanie nieraz szokującymi zdarzeniami po okresie relatywnego spokoju, a z drugiej - brak odpowiedzi na to, dlaczego dzieje się tak, jak się dzieje. Rewolucja internetowa też się do tego przyczyniła - dziś każdy może być ekspertem, o ile brzmi i wygląda wiarygodnie. Przekaz szybko zaczął dominować nad treścią, tak jak w innych wcześniej eksperckich dziedzinach (medycynie, klimatologii czy psychologii). Kolejne „mądre” słowo zaczęło być popularne, a więc podatne na dowolne zastosowania. Geopolityką może dziś być: omawianie spraw zagranicznych i rywalizacji między państwami, relacjonowanie konfliktów i wojen, odnotowywanie postępów w zbrojeniach i innowacji w sposobach prowadzenia walki, nie tylko tej na froncie. Paleta tematów daleko odbiega od pojęcia źródłowego, ale z reguły towarzyszące tym rozważaniom mapy, strzałki i okręgi zasięgów uzasadniają geograficzne, a więc geopolityczne odwołania.
W drugiej dekadzie XXI wieku zaczęliśmy dostrzegać, że światowy ład się zepsuł. Reguły funkcjonowania potęg coraz częściej się nie sprawdzały, globalne mechanizmy stabilizacyjne okazały się słabe, bez ceregieli łamane przez tych, którzy chcieli i mogli działać inaczej.
W Europie odczuliśmy to najmocniej w 2022 roku, gdy Rosja z całą mocą napadła na Ukrainę, negując zasadę pokojowego rozwiązywania sporów. Globalne południe pamięta jednak lepiej interwencje USA na Bliskim Wschodzie, które mimo odrzucenia „wiecznych wojen” nie mogą się skończyć.
Gdy kruszą się reguły wyznaczone przez kilkadziesiąt lat powojennego współistnienia wielkich mocarstw, naukowcy, myśliciele i publicyści szukają odpowiedzi na pytanie o przyczyny tych przemian. A ponieważ sami często wychowani są na podręcznikach i poprzednikach odwołujących się do geopolityki, chętnie przyjęli ją za przewodnik po nowych czasach. W ten sposób jedno z narzędzi interpretacji relacji międzypaństwowych stało się kluczem otwierającym tajemne wrota do wiedzy, jak działa świat i co się liczy w dzisiejszym wydaniu odwiecznej gry o wpływy, przewagi, dominację i zyski.
Powiązanie polityki z mapą okazało się też nadzwyczaj łatwo przyswajalne dla internetowego audytorium. Karierze geopolityki w polskim wydaniu towarzyszy odwołanie do historii, tradycji i dziedzictwa wojskowego, państwowego i myśli politycznej, łączące w atrakcyjne continuum dokonania piastowskich książąt, ekspansję jagiellońskich królów, zwycięstwa hetmanów nad Moskwą, Turcją i Szwecją, odrodzenie państwa dzięki geniuszowi i przywództwu Józefa Piłsudskiego, a także dzisiejsze wizje „nowego złotego wieku”, ufundowane na wielkich inwestycjach, zbrojeniach i pozycji regionalnego mocarstwa. Ta układanka do siebie pasuje, bo tworzą ją arbitralnie dobrane puzzle.
Geopolityka nie jest osobną nauką, lecz połączeniem narzędzi wziętych z geografii, ekonomii i politologii. Jej twórcom ponad sto lat temu z chodziło o przekonanie odbiorców, że politykę międzynarodową, zwłaszcza mocarstw, cechuje nieuchronność wywodząca się z położenia geograficznego państwa oraz wielkości jego terytorium. To miało determinować kierunki ekspansji oraz wrażliwość na ewentualną ekspansję innych graczy na wielkiej szachownicy, jaką jest mapa świata. Za punkt wyjścia poglądy te uznawały kształt świata pod koniec XIX wieku.
Temu myśleniu sprzyjały „fakty na ziemi”, takie jak zmagania Francji i Niemiec o dominującą pozycję w kontynentalnej Europie, konkurencyjna wobec nich rola Wielkiej Brytanii oraz Rosji, załamanie regionalnego imperium Rzeczpospolitej czy walka o jego utrzymanie osmańskiej Turcji. Na Nowym Kontynencie wykuwała się terytorialna i polityczna potęga Stanów Zjednoczonych, które zaczynały przeistaczać się w mocarstwo.
Uznawany za ojca geopolityki brytyjski uczony Halford Mackinder przekonywał, że o potędze światowej decyduje kontrola nad lądową masą Eurazji. Ukuł pojęcie Heartlandu i Wyspy Światowej, których rządcy mieli panować nad światem. Teoria słabo korespondowała z praktyką, bo Rosja imperialna ani porewolucyjna nad światem nie panowała, tak samo jak nie zapanowały hitlerowskie Niemcy, raz podawane za przykład reżimu opartego na geopolityce, w a innym razem takiego, który poległ w starciu z nią.
Kilkadziesiąt lat ograniczonej swobody po ostatniej wielkiej konfrontacji nie dawało szans na popularyzację wniosków, mimo że okres zimnej wojny doskonale nadawał się do studiowania zmagań mocarstw i dawał wiele dowodów, że geopolityczne podejście do historii politycznej nieźle sprawdza się w praktyce. Mieliśmy przecież konfrontację euroazjatyckiego lądowego Heartlandu (bloku wschodniego) z Zachodem, iskrzenie na obrzeżach Eurazji, prowadzące do licznych „zastępczych wojen”, konflikty o panowanie na światowymi wąskimi gardłami i o ustalenie zasad globalnych przepływów, również w tym najbardziej dosłownym sensie, na morzach i oceanach. Ale pomimo wysokiej adekwatności geopolitycznego opisu do realiów to nieposiadający w teorii przewagi Zachód wygrał zimną wojnę.

Widział to jedyny uczony polskiego pochodzenia, który odcisnął piętno na polityce Stanów Zjednoczonych, czyli Zbigniew Brzeziński - doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Jimmiego Cartera w latach 1977-1981. W Wielkiej szachownicy, pisanej już w realiach świata jednobiegunowego, jako geopolitycznych graczy Eurazji wskazał Francję, Niemcy, Rosję, Chiny i Indie, a jednocześnie opisał kraje kluczowe dla efektów ich rozgrywki: Ukrainę, Azerbejdżan, Koreę Południową, Turcję oraz Iran. Ten opis sytuacji światowej zyskał na adekwatności, gdy na Wyspę Światową wpływ uzyskały Chiny, a Ukraina stała się polem bitwy na obrzeżu Heartlandu.
Dzisiejszy sojusz Chin z Rosją i geopolitycznie ukierunkowana ekspansja Pekinu podsyciły obawy, czy euroazjatycki Behemot nie zdobędzie globalnej przewagi. Dlatego dzisiejsi „geopolitycy” promują idee emigracyjnych myślicieli Juliusza Mieroszewskiego i Jerzego Giedroycia - widzą zaporę dla tego zagrożenia w Międzymorzu, obszarze między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym, niemal identycznym z największym zasięgiem terytorialnym I Rzeczpospolitej. Realność stworzenia takiego jednolitego tworu jest żadna, a międzypaństwowa współpraca w ramach Inicjatywy Trójmorza nie daje efektów na miarę ambicji.
Powiązanie polityki z geografią jednak się przydaje, bo przypomina o roli mapy w opisie relacji między państwami, niezależnie od tego, co nimi faktycznie kieruje. Terytorium, przebieg granic, kontrola nad miejscami na ziemi, których znaczenie dla konkretnego regionu (a czasem świata) jest kluczowe, bo daje jednym przewagi, a innych skazuje na wieczną frustrację i poczucie braku sprawczości.
Dla wojskowych to nic nowego, bo każde planowanie - od ćwiczeń na znanym jak własna kieszeń poligonie po wielką operację obronną - od mapy się zaczyna. Ale dla masy cywili, w pewnym sensie na nowo odkrywających położenie Polski i jego konsekwencje, była to podróż w nieznane. Na nowo odkrywaliśmy miejsca, o których może słyszeliśmy na lekcjach historii, ale znane mało, o ile ktoś nie miał na tym punkcie zajawki. Od punktów na obrzeżach obecnej Polski, jak Brama Brzeska i leżącą po białoruskiej stronie twierdza Brześć, przez Bramę Grodzieńską (chętnie włączaną dziś do obszaru „przesmyku suwalskiego”), po Bramę Smoleńską, czyli odwieczne wrota Moskwy na Zachód, otwierające korytarz przez Mińsk i Brześć do Warszawy.
Gdy nieco na wschód od Smoleńska Władimir Putin postanowił odrodzić 1. Gwardyjską Armię Pancerną, symboliczne dla nas miasto nabrało na nowo wojskowego znaczenia, a polskie zdolności obronne zaczęły być ukierunkowane na zwalczanie celów tak odległych jak Smoleńsk, wielokrotnie wykorzystywanych w wojskowych kampaniach z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód.
Geopolityka teatru wojny dała o sobie znać i gdzie indziej. Dla Polski strategicznie ważny stał się południowo-wschodni Bałtyk i leżące na jego wschodnim brzegu byłe polskie dominia, a dziś niepodległe i sojusznicze państwa bałtyckie, Estonia, Łotwa i sąsiednia Litwa. Zaczęliśmy na nowo „widzieć” nie tylko bitewnie historyczny dla Polaków Psków (obecnie wciąż istotna baza rosyjskich sił aeromobilnych), ale też leżący na granicy zasięgu polskiej siły militarnej St. Petersburg, wraz z będącą jego korytarzem dostępowym Zatoką Fińską.
Trzy kraje bałtyckie, znane w obecnej skrótowej terminologii jako B3, wyznaczyły na nowo terytorialny horyzont polskiej myśli strategicznej. Zaczęliśmy analizować, gdzie by tu Rosjan przyblokować, zatrzymać i pokonać; szykujemy niezbędne do tego narzędzia, czasem je pokazując. Gdy polskie samoloty stacjonują na Litwie, polskie czołgi i Rosomaki strzegą Łotwy i Rumunii, polskie wyrzutnie rakiet lądują na estońskiej wyspie, a polscy spadochroniarze na Gotlandii, to w kluczowych punktach regionalnej szachownicy rozstawiamy swoje figury. Geopolityka przybiera wymiar geostrategii, a „geopolitycy” zaczynają mówić językiem wojskowych - o operacjach, kampaniach i bitwach, jakie przyjdzie nam toczyć, jeśli Rosja się nie zatrzyma.
Lądowe osadzenie pojęcia geopolityki okazuje się mocno mylące. Analityków potęgi mocarstw zdumiało to, że mapa lądów pozwalała dużo dokładniej przewidzieć rozgrywkę na morzu niż wojny o terytorium. Już ponad sto lat temu wiedziały o tym ówczesne potęgi morskie - państwa, które dzięki sile swych flot wojskowych i handlowych potrafiły czerpać zyski z ruchu na morzach i oceanach, czasem go wręcz zamykając. Geopolityka przybierała postać nautopolityki, choć nikt jej do tej pory tak nie nazwał. Ale jeszcze większym zdumieniem, do dziś nie całkiem rozpoznanym i uświadomionym, może być to, że lądy zajmują ledwie 27 proc. powierzchni ziemskiego globu, a poza nimi rozciąga się ocean z jego szelfem, uskokami, grzbietami i całym mnóstwem zasobów w toni, na dnie i pod dnem. Popularna w świecie nauki ocena podpowiada, że mimo setek lat pływania po powierzchni o oceanicznym dnie wiemy wciąż mniej niż o powierzchni Księżyca i najbliższych planet.
Walka mocarstw o pozycję i potęgę wkrótce przeniesie się poza ich lądowe granice, w celu wykorzystania minerałów z oceanu i jego zasobów biologicznych. W mikroskali widać to w potyczkach francuskich i brytyjskich rybaków, a obraz makro daje chińska wyprawa handlowa arktycznymi wodami u północnych wybrzeży Rosji. Amerykańska strategia zwrotu na Pacyfik kreuje najważniejszy globalny wymiar rywalizacji o ocean i może geopolityków przyszłości zmusić do przeformułowania proroctwa Mackindera - że status hipermocarstwa da nie panowanie nad kontynentami, lecz oceanami.
Jak bardzo może zaboleć, gdy ktoś znajdzie na mapie wąskie gardło i je zaciśnie, przekonujemy się od kilku miesięcy, obserwując ceny na stacjach paliw i patrząc na pogarszające się prognozy ekonomiczne, związane z tym, że sprowokowany przez USA i Izrael Iran postanowił użyć cieśniny Ormuz jako geopolitycznej broni.
A może patrzeć należy nie na mapę, lecz na cały globus, z góry? W rozważaniach o „potędze w czasie i przestrzeni”, jak geopolitykę określał w pomnikowym dziele historyk i polityk prof. Leszek Moczulski, nie brakuje dziś opinii, że o czymkolwiek, co będzie się działo na powierzchni Ziemi, przesądzi dominacja w kosmosie. Zdolności orbitalne, „zajęcie” kluczowych dla kontroli kosmosu obszarów, takich jak równoważące oddziaływanie ciał niebieskich punkty Langrange’a, wreszcie umiejętność budowy statków kosmicznych na orbicie lub Księżycu, bez konieczności walki z ziemskim przyciąganiem, mają zdecydować o możliwości zablokowania każdej kampanii o zasoby morskie i lądowe na planecie, a także zdominowania lub zniekształcenia każdego przekazu w walce o serca i umysły, czyli wojnie informacyjnej.
Podczas gdy geopolityka triumfalnie zajęła centralne miejsce w publicznym dyskursie, coraz wyraźniej widać znaczenie pozaterytorialnych i niematerialnych determinant siły państw: rozwoju gospodarki, poziomu technologii, przewagi naukowej i innowacyjnej, a także narzędzi znanych niegdyś jako soft-power (siły oddziaływania opartej na generowaniu emocji, niekoniecznie pozytywnych i nie zawsze miękkich). Ten ostatni wymiar potęgi zaczął być realnym instrumentem oddziaływania w realiach „globalnej wioski”, jak określano wczesny etap swobodnego i ponadterytorialnego przepływu informacji, pieniędzy i idei.

Ta rewolucja, której technologiczne fundamenty stały się cod ziennością w ostatniej dekadzie XX wieku, podważyła terytorialny wymiar geopolityki i dodała jej nowe wymiary: informacyjny (kognitywny), naukowo-innowacyjny (związany z siłą sektora B+R), cyfrowy (obliczeniowy) i kosmiczny (pozaziemski). Do sfery walki o dominację mocarstw weszła produkcja i dystrybucja kontentu i kontekstu kulturalnego, atrakcyjnego dla jak największego audytorium: czytelników, widzów, słuchaczy, klikających i scrollujących rolki na TikToku. Za sprawą ponadpaństwowych i niepoddających się łatwo kontroli ani regulacji platform cyfrowej komunikacji geopolityka przeistoczyła się w technopolitykę, a dziś ma już apetyt, by za pośrednictwem technologii stać się globalną socjopolityką, oddziałującą na miliardy użytkowników, konsumentów, a ostatecznie też wyborców.
Ta „mapa” również ma swoje wąskie gardła i obszary kluczowe, a walka o dominację w nich toczy się na liczoną w dziesiątkach petabajtów pojemność centrów danych, pochłaniających miliony ton rzadkich minerałów i gigawaty energii, połączonych światłowodami i łączami satelitarnymi, wykorzystujących samouczące się modele sztucznej inteligencji tak zaawansowane, że zaczynają ich nie rozumieć ich twórcy. Budowa takiej potęgi wymaga zasobów materialnych: surowców, ludzi, technologii, organizacji i efektywności ekonomicznej, ale gdy powstanie, staje się samoistnym wyznacznikiem siły, bo zapewnia oddziaływanie na globalną skalę, bez fizycznych ograniczeń.
Czy era cyfrowej dominacji położy kres modzie na geopolitykę? Raczej nie, bo choć państwa poszerzą zakres władania i rywalizacji o kolejny wymiar, to nie utracą terytoriów i granic. Świat wszedł w fazę rekonfiguracji, więc tarcia, skrótowo opisywane geopolityką, nie znikną przez kilka najbliższych dekad. Jednak z czasem wielkość i położenie w coraz mniejszym stopniu wyznaczać będą pozycję państw, a mapa i globus przestaną wystarczać do opisu świata. Jeszcze nie wiemy, kiedy cyberpolityka zastąpi geopolitykę i czy tak się będzie nazywać, ale dziś zaczyna już brzmieć równie atrakcyjnie.