Czas prezydencji był dla Polski testem zdolności przywódczych w wyznaczaniu długofalowych priorytetów UE. Kamila Kadzidłowska analizuje i ocenia, jak potraktowano kwestie klimatu, środowiska, demokracji i społecznej odporności na polikryzysy.
Zanim przejdziemy do oceny polskiego przywództwa w Radzie UE, warto nakreślić geopolityczne tło przesilenia, w którym Warszawa przejmowała prezydencję po Węgrzech – kraju od lat budzącego poważne zastrzeżenia w kwestii poszanowania europejskich wartości i zasad praworządności. Podobne kontrowersje dotyczyły również polityki polskiego rządu w latach 2015–2023. Rok 2024, tuż po zmianie władzy w Polsce, okazał się dla całej wspólnoty czasem równie burzliwym co poprzednie: wiele państw doświadczyło masowych protestów rolników kwestionujących założenia Europejskiego Zielonego Ładu; w miastach i na uniwersytetach rozbrzmiewały głosy solidarności z ludnością palestyńską w reakcji na milczenie Brukseli wobec działań Izraela. Jednocześnie coraz dotkliwiej odczuwalne były skutki zmian klimatycznych – susze, powodzie, pożary, fale upałów i ekstremalne ulewy na nowo definiowały codzienność wielu regionów Unii. Polska znalazła się w samym centrum tych nawarstwiających się kryzysów, a nieudolność mediów w wyjaśnianiu ich istoty i wzajemnych zależności oddawała pole dezinformacji, potęgując poczucie zagubienia i społecznego niepokoju.
Równolegle za wschodnią granicą wciąż toczyła się pełnoskalowa wojna – już drugi rok z rzędu, z coraz bardziej dramatycznymi skutkami dla regionu. Na granicy z Białorusią trwała hybrydowa operacja destabilizacyjna, a w przestrzeni informacyjnej – nieustanna wojna narracyjna, której celem było podsycanie napięć społecznych i erozja zaufania do instytucji. Wszystko to sprzyjało nie tylko pogłębianiu kryzysu migracyjnego, lecz także coraz wyraźniejszemu pęknięciu wewnątrz samej Unii. Społeczne poparcie dla dalszego wspierania Ukrainy i utrzymywania sankcji wobec Rosji słabło – nie tylko pod wpływem rosyjskiej dezinformacji, lecz również w wyniku buntu przeciwko niespójnej i często cynicznej polityce wielu europejskich stolic, w tym Warszawy, w odniesieniu do sytuacji na Bliskim Wschodzie.
Na ten geopolityczny zamęt nałożył się dodatkowo wyjątkowo niefortunny kalendarz wyborczy, między innymi w Polsce, gdzie kampania prezydencka rozpoczęła się niemal równocześnie z objęciem przez kraj prezydencji. Zwycięstwo narracji spod znaku MAGA za Atlantykiem szybko znalazło oddźwięk nad Wisłą, nadając ton kampanii prezydenckiej. Coraz donośniej rozbrzmiewały głosy podważające sens integracji europejskiej, polityk klimatycznych, praw kobiet, osób migranckich i mniejszości, a także samych wartości, na których zbudowano wspólnotę.
W tych okolicznościach przed polską prezydencją stanęła zasadnicza alternatywa: albo obrać kurs na odważną obronę europejskich wartości, odbudowę społecznego zaufania oraz wzmacnianie odporności wspólnoty poprzez konsekwentną realizację długofalowych celów Zielonego Ładu, albo wpisać się w dominujący trend transatlantycki, kładący nacisk na zbrojenia, zaostrzenie polityki migracyjnej i deregulację prawa uwierającego biznes – kosztem celów klimatycznych. Zdecydowano się na tę drugą ścieżkę.
Z pozycji organizacji społecznej trudno stwierdzić, czy była to decyzja suwerenna i przemyślana, czy raczej wybór wymuszony przez presję układu geopolitycznego i rosnącą zależność od kierunku obranego przez Stany Zjednoczone. Niewątpliwie w wielu kręgach zwyciężyło przekonanie, że „nie ma już klimatu dla klimatu”, zapominając przy tym, że źródła większości współczesnych kryzysów tkwią w niezrównoważonym modelu gospodarki – zwłaszcza tej opartej na paliwach kopalnych importowanych z Rosji, Bliskiego Wschodu i USA – a odpowiednio zakomunikowane, sfinansowane i zrealizowane polityki klimatyczne nie są unijną utopią, a strategią na ich rozwiązanie.
Na szczęście wśród wielu osób zaangażowanych po stronie rządowej w przygotowanie prezydencji dostrzegaliśmy nie tylko świadomość skali wyzwań, ale również autentyczną gotowość do ich podjęcia. Dawało to nie złudzenie, lecz realną nadzieję, że wśród filarów bezpieczeństwa zgłaszanych przez Polskę znajdzie się także miejsce na kwestie fundamentalne z perspektywy przyszłych pokoleń: bezpieczeństwo klimatyczne i zdrowie dzieci – ich prawo do dorastania w bezpiecznym środowisku, oddychania czystym powietrzem, dostępu do zdrowej lokalnej żywności, rzetelnej edukacji oraz ochrony przed dezinformacją i nieuczciwymi praktykami marketingowymi.
W tym duchu opracowaliśmy szereg szczegółowych rekomendacji dla prezydencji, obejmujących m.in. walkę z zanieczyszczeniami powietrza, reformę systemu zrównoważonej mobilności i czystego transportu, wzmocnienie sprawiedliwego systemu żywnościowego, wdrożenie zasad gospodarki o obiegu zamkniętym i rozszerzonej odpowiedzialności producenta, walkę z wykluczeniem transportowym i greenwashingiem, a także uwzględnienie w działaniach resortowych edukacji klimatycznej i zdrowotnej. Równolegle apelowaliśmy o wpisanie problemu dezinformacji klimatycznej do agendy prac Rady UE ds. Środowiska (ENVI), traktując go jako jedno z kluczowych zagrożeń dla spójności i skuteczności unijnych polityk.
Choć wiele z tych rekomendacji – zwłaszcza w obszarach rolnictwa, transportu i rozwoju – zostało przez właściwe resorty zignorowanych, Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo Edukacji Narodowej oraz ministerka ds. społeczeństwa obywatelskiego wykazały otwartość na dialog. To dawało nadzieję, że niektóre z naszych priorytetów – zwłaszcza te dotyczące prawa do oddychania czystym powietrzem w ramach profilaktyki chorób cywilizacyjnych, zdrowia psychicznego dzieci, a także przeciwdziałania dezinformacji – znajdą swoje odzwierciedlenie na agendzie działań prezydencji.
Gdy podczas spotkań i konferencji mówiliśmy o politykach klimatycznych jako narzędziu profilaktyki zdrowia publicznego oraz budowy społecznej odporności na kryzysy, przytakiwano z uznaniem. Jednak wystarczyło wyjść z sali konferencyjnej i włączyć wiadomości. Główna narracja? Wydatki na zbrojenia i deregulacja prawa. Zderzenie było bolesne – z jednej strony intensywna, merytoryczna praca dziesiątek organizacji społecznych, które złożyły wiele konkretnych rekomendacji, przygotowały ekspertyzy, wzięły udział w konsultacjach i forach (również pod egidą prezydencji). Z drugiej – spektakularny brak tych głosów w agendzie medialnej i politycznym przekazie dnia.
Nie sposób było nie odnieść wrażenia, że w tej grze karty zostały już rozdane, a nasze argumenty, rekomendacje, wnioski w ogóle nie miały wagi. Były traktowane jak ozdobniki – potrzebne, by dokumenty wyglądały inkluzywnie, ale nie na tyle istotne, by wpływały na kierunek polityk. Po rozstrzygnięciu wyborów prezydenckich w USA fasadowość tego dialogu stawała się coraz bardziej odczuwalna. Z Warszawy płynęły wyraźne sygnały, że Polska zamierza raczej tonować niż wzmacniać unijne ambicje klimatyczne. Podejmowano decyzje o zwiększeniu wydatków wojskowych kosztem funduszy spójności i transformacji. Równocześnie, w związku z trwającą kampanią wyborczą, w mediach dominowały komunikaty o sile przemysłu, „walce z migrantami” i odporności na „zielony terror Brukseli”.
I choć oficjalnym hasłem polskiej prezydencji było „Bezpieczeństwo, Europo”, to nieoficjalnie pobrzmiewało „Deregulate, baby, deregulate!”. O ile nikt nie neguje potrzeby zmniejszania biurokracji przekraczającej możliwości małych gospodarstw rolnych czy ekologicznych firm, o tyle trudno było oprzeć się wrażeniu, że pod pretekstem upraszczania prawa przemycono serię działań, które uderzają w fundamenty ochrony środowiska i praw społecznych. A jeśli w ciągu kilku tygodni można rozmontować przepisy negocjowane latami – z udziałem ekspertów, stron społecznych i naukowych analiz – to co zostaje z idei demokratycznego stanowienia prawa w UE?
Przykład? Reforma Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). W imię deregulacji, pod naporem lobbyingu wielkich organizacji producenckich, naciskano na osłabienie środowiskowych zabezpieczeń, ignorując przy tym krytykę naukowców, organizacji społecznych i nawet części instytucji unijnych. Zignorowano konsensus wypracowany latem 2024 r. pomiędzy środowiskami rolniczymi i ekologicznymi – być może jedną z nielicznych nadziei na zrównoważony rozwój tego sektora.
Ale deregulacja w obszarze WPR to tylko czubek góry lodowej. Od lutego Komisja Europejska złożyła cztery kolejne pakiety deregulacyjne, tzw. Omnibusy, które miały ograniczyć biurokrację o 25 proc. W praktyce ich efektem była cicha rozbiórka wielu regulacji środowiskowych i społecznych – bez przejrzystości, bez konsultacji, bez twardych danych. Weźmy pierwszy z brzegu Omnibus, uderzający w dyrektywę o należytej staranności przedsiębiorstw (Corporate Sustainability Due Diligence Directive, CSDDD), którą latami wypracowywano po to, by zmusić duże korporacje działające na terenie Unii do zapobiegania, minimalizowania i rozliczania naruszeń praw człowieka (takich jak praca dzieci, łamanie praw pracowniczych) oraz działalności szkodliwej dla środowiska (wylesianie, zanieczyszczanie itp.). Pod wpływem presji na deregulację z dyrektywy zniknęły obowiązkowe plany klimatycznej transformacji, wyłączono sektor finansowy i drastycznie ograniczono liczbę objętych nią podmiotów. Przyglądające się temu banki uprzedzają, że bez obowiązku raportowania klimatycznego nie będą w stanie oceniać inwestycji jako „zielonych”.
Niepokojącym symbolem deregulacyjnej gorączki jest też decyzja Komisji Europejskiej o całkowitym wycofaniu projektu dyrektywy o zielonych deklaracjach (tzw. Green Claims Directive) – kluczowego narzędzia do walki z tzw. greenwashingiem. Dyrektywa, która miała wprowadzać obowiązek niezależnej weryfikacji zielonych haseł marketingowych, została odrzucona nagle, na finiszu negocjacji, pomimo alarmujących danych o skali dezinformacji ekologicznej. Za jej odrzuceniem opowiedziały się dwie największe frakcje polityczne: Europejska Partia Ludowa i Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, uznając projekt za zbyt uciążliwy dla firm. Ta bezprecedensowa decyzja zapadła dosłownie na dzień przed planowanym porozumieniem z Radą i Parlamentem, co z budzi poważne zastrzeżenia z punktu widzenia przejrzystości procesu legislacyjnego w sprawach dotyczących ochrony konsumentów i środowiska.
Nic więc dziwnego, że na dźwięk słowa „deregulacja” stronie społecznej zapala się czerwona lampka – bo gdzie kończy się upraszczanie biurokracji, a gdzie zaczyna rozbiór praw człowieka i ochrony przyrody? Dla wielkich graczy biznesowych taka deregulacja to same zyski i owszem, mniej formularzy. Ale dla społeczeństw – to więcej smogu, pestycydów, chemikaliów, śmieci, zanieczyszczeń, kosztów zdrowotnych i publicznych. Jak pokazuje przykład procedur związanych z rozwojem odnawialnych źródeł energii – problem często leży nie tyle w przepisach chroniących środowisko, co w absurdach biurokracji, braku odpowiedniej komunikacji, zasobów ludzkich i spójnych regulacji krajowych na etapie transpozycji prawa unijnego. Przekonanie, że deregulacja będzie panaceum na wszystkie bolączki, jest iluzoryczne, i przy okazji pogłębia poczucie oddalenia instytucji od obywateli, którzy coraz głośniej zadają pytanie: w czyim interesie tak naprawdę działa dziś władza?
Dominujący w debacie wątek deregulacji nie oznaczał na szczęście całkowitego zaniechania działań na rzecz ochrony środowiska i klimatu. Warto podkreślić, że Polska odegrała pozytywną rolę w finalizacji rozporządzenia o monitoringu gleb (Soil Monitoring Law), które w przyszłości może stać się jednym z filarów unijnej polityki ochrony zasobów naturalnych i zrównoważonego rolnictwa. Jako przewodnicząca Rady UE aktywnie uczestniczyła również w działaniach na rzecz wdrożenia drugiego etapu porozumienia z Kunming-Montreal (KM-GBF), przyjętego w ramach Konwencji o różnorodności biologicznej (CBD). Polska wspierała zarówno negocjacje finansowe dotyczące międzynarodowych mechanizmów wdrażania tego porozumienia, jak i koordynację prac nad unijnym prawodawstwem i politykami środowiskowymi mającymi na celu zahamowanie utraty bioróżnorodności i odbudowę ekosystemów w skali globalnej.
Wśród sukcesów wymienić należy także zamknięcie negocjacji w sprawie rewizji rozporządzenia o pojazdach wycofanych z eksploatacji (End-of-Life Vehicles, EVL), mającego istotne znaczenie dla rozwoju gospodarki o obiegu zamkniętym w sektorze motoryzacyjnym. Zaktualizowane przepisy mają na celu zwiększenie poziomu odzysku i recyklingu materiałów, ograniczenie ilości odpadów trafiających na składowiska oraz poprawę projektowania pojazdów z myślą o ich późniejszym demontażu i ponownym wykorzystaniu części.
Wysoko oceniane jest również nadanie przez polską prezydencję rangi priorytetu przeciwdziałaniu dezinformacji, w tym dezinformacji klimatycznej. W tym kontekście warto podkreślić też profesjonalną organizację nieformalnego spotkania ministrów środowiska w Warszawie, podczas którego – mimo ograniczonej przestrzeni decyzyjnej – w sposób zgodny z postulatami społeczeństwa obywatelskiego poruszono kluczowy temat zwalczania dezinformacji dotyczącej kwestii środowiskowych. Dyskusja objęła m.in. celowe podważanie zaufania do nauki, manipulowanie przekazem dotyczącym transformacji energetycznej oraz upolitycznianie debaty o klimacie. Wielokrotnie wskazano także na rosnące znaczenie zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży jako obszaru wymagającego szczególnej ochrony przed negatywnym wpływem dezinformacji oraz polaryzacji nasilającej się w mediach społecznościowych.
Rozczarowanie budzi jednak brak konkretnych działań mających na celu wdrożenie dostępnych już instrumentów przeciwdziałania dezinformacji i patologiom cyfrowym. Choć na poziomie unijnym obowiązuje Akt o usługach cyfrowych (Digital Services Act, DSA), który formalnie powinien obligować platformy internetowe do ograniczania szkodliwych treści, zwiększenia przejrzystości algorytmów oraz zapewnienia skutecznych mechanizmów moderacji, jego egzekwowanie pozostaje fragmentaryczne i niewystarczające. W praktyce platformy cyfrowe nadal bez większych konsekwencji rozpowszechniają treści antynaukowe, antyklimatyczne, polaryzujące i dezinformujące – szczególnie szkodliwe dla dzieci i młodzieży, a także procesów demokratycznych, zwłaszcza w okresach kampanii wyborczych. Brak zdecydowanej reakcji ze strony unijnych (i krajowych) regulatorów wobec big techów ujawnia jeden z najbardziej dotkliwych deficytów europejskiej polityki bezpieczeństwa cyfrowego – nie tyle technologiczny, co polityczny.
Wyraźnym symbolem rozminięcia się priorytetów polskiej prezydencji z potrzebami zarówno klimatycznymi, jak i zdrowotnymi obywateli, pozostaje obszar transportu. Sektor drogowy odpowiada w Europie za znaczną część emisji pyłów zawieszonych i tlenków azotu, które bezpośrednio przyczyniają się do chorób układu oddechowego i krążenia, przedwczesnych zgonów, nowotworów, problemów neurorozwojowych u dzieci oraz neurodegeneracyjnych u seniorów. Mimo wysokiego rachunku kosztów zdrowotnych i kosztów importu ropy zasilającej ten sektor, tematy takie jak wdrożenie systemu ETS2 (obejmującego emisje z transportu drogowego), przyszłość silników spalinowych, rozwój transportu zbiorowego, mobilności aktywnej czy tworzenie stref czystego transportu niemal całkowicie zniknęły z unijnej agendy polskiej prezydencji.
Zarówno w Brukseli, jak i w krajowej kampanii prezydenckiej widoczny był lęk przed otwartą debatą o konieczności transformacji mobilności – być może dlatego, że uderza ona w utrwalony społecznie model transportu indywidualnego, wspieranego przez lobby motoryzacyjne. Rozmowy o normach emisji czy reformie rynku samochodowego były odkładane lub rozwadniane, mimo że mają fundamentalne znaczenie dla zdrowia i jakości życia milionów Europejczyków – zwłaszcza w Polsce, w której notowane są przekroczenia dopuszczalnych norm zanieczyszczeń powietrza przez ponad 100 dni w roku, a roczne koszty zdrowotne z tym związane liczone są w miliardach złotych.
Warto przypomnieć, że wraz z początkiem polskiej prezydencji kraje Unii rozpoczęły prace nad transpozycją nowej, ambitniejszej dyrektywy o jakości powietrza (Ambient Air Quality Directive, AAQD), przyjętej przez Parlament Europejski w 2024 roku. Dokument ten zaostrza dopuszczalne poziomy zanieczyszczeń, nakłada obowiązek poprawy monitoringu oraz – co szczególnie istotne – wzmacnia ochronę tzw. grup wrażliwych, takich jak dzieci, osoby starsze i przewlekle chore. Jednym z kluczowych elementów nowego prawa jest zapewnienie obywatelom i organizacjom społecznym skutecznego dostępu do wymiaru sprawiedliwości – w tym prawa do zaskarżania krajowych planów ochrony powietrza, jeśli te są nieskuteczne lub niezgodne z unijnymi standardami.
W teorii prezydencja stanowiła więc idealny moment, by Polska, dotąd postrzegana jako najgorszy uczeń w klasie w zakresie jakości powietrza, zademonstrowała swoją gotowość do zmiany tego wizerunku i wykorzystała nową dyrektywę jako impuls do stworzenia wspólnotowego standardu walki ze smogiem – szczególnie z myślą o dzieciach i innych grupach wrażliwych. Niestety, choć temat nie zniknął całkowicie z mapy wydarzeń towarzyszących prezydencji i bardzo mocno wpisywał się w priorytety zdrowotne dotyczące profilaktyki chorób cywilizacyjnych oraz zdrowia psychicznego młodzieży, nie został wyniesiony do rangi osobnego priorytetu.
Jednym z wydarzeń objętych honorowym patronatem prezydencji (a także kilku ministerstw: zdrowia, edukacji, klimatu oraz społeczeństwa obywatelskiego), które mocno akcentowało potrzebę działań w tym obszarze, była natomiast polsko-duńska konferencja „Schools of Resilience – szkoły dla zdrowia, klimatu i bezpieczeństwa”. Wydarzenie to było dla nas pretekstem do zaprezentowania nordyckiego podejścia do budowania społecznej odporności na kryzysy, m.in. poprzez transformację środowiska szkolnego: od zdrowych, efektywnych i samowystarczalnych energetycznie budynków, przez adaptację do zmian klimatu, zrównoważoną mobilność i planowanie przestrzenne, po przeciwdziałanie polaryzacji społecznej, uzależnieniom cyfrowym i dezinformacji. Zbiór dobrych praktyk przedstawionych podczas konferencji ma posłużyć jako impuls do bardziej ambitnych i przede wszystkim międzysektorowych działań w tych obszarach.
Warto dodać, że Ministerstwo Klimatu i Środowiska zapowiedziało też prace nad wdrożeniem tzw. stref buforowych wokół szkół – rozwiązań chroniących dzieci przed smogiem i emisjami z transportu drogowego. Mechanizm ten ma zostać ujęty w planach działań naprawczych tworzonych przez samorządy województw w ramach programów ochrony powietrza (POP), obowiązujących w sytuacjach przekroczeń dopuszczalnych poziomów zanieczyszczeń. Resort zapowiedział również opracowanie wytycznych, które umożliwią uwzględnienie działań takich jak „szkolne ulice” – ograniczających ruch samochodowy w bezpośrednim otoczeniu placówek edukacyjnych. Choć to krok we właściwym kierunku i rezultat dialogu z organizacjami społecznymi, walka o czyste powietrze nie została jednak wyniesiona przez Polskę do rangi priorytetu na forum unijnym.
Trudno to interpretować inaczej niż jako zmarnowaną szansę, tym bardziej że na finiszu polskiej prezydencji Komisja Europejska skierowała przeciwko Polsce skargę do Trybunału Sprawiedliwości UE. Zarzuty dotyczą m.in. braku skutecznych mechanizmów zapewniających obywatelom i organizacjom społecznym dostęp do wymiaru sprawiedliwości w sprawach związanych z ochroną powietrza – co jest nie tylko naruszeniem konwencji z Aarhus, lecz również przejawem deficytu partycypacji, który osłabia zaufanie społeczne, paraliżuje mechanizmy kontroli obywatelskiej i obniża skuteczność polityk środowiskowych na wszystkich szczeblach władzy.
Symptomatyczne w tym kontekście są nasilające się oskarżenia pod adresem organizacji pozarządowych, w tym wobec Fundacji ClientEarth, za sprawą której Komisja wszczęła postępowanie wobec Polski. W przestrzeni medialnej pojawiają się zarzuty o nadmierne wpływy NGO, a Parlament Europejski powołał nawet komisję śledczą ds. ich finansowania – o strukturze przypominającej rozwiązania z podręczników nieliberalnych reżimów. Polska prezydencja na razie nie zaproponowała otwarcie mechanizmów legislacyjnych wzmacniających społeczeństwo obywatelskie – zarówno w zakresie dostępu do sądów, jak i ochrony przed SLAPPami (strategicznymi pozwami przeciwko partycypacji publicznej) czy nękaniem. W obliczu rosnącej liczby spraw środowiskowych trafiających do sądów, taka bierność niepokoi – i legitymizuje działania wymierzone w społeczeństwo obywatelskie.
Z perspektywy organizacji społecznej polską prezydencję oceniam więc jako sprawną technicznie i dobrze rokującą pod względem organizacyjnym, ale – w obliczu napięć geopolitycznych i narastających nastrojów społecznych w całej Unii – również jako zmarnowaną szansę na zbudowanie przekonującej alternatywy wobec rosnących tendencji nacjonalistycznych.
To mogła być prezydencja, która łączy odwagę z troską, odpowiedzialność klimatyczną z empatią społeczną, a Unię z jej obywatelami. Nie była. Skupiona na deregulacji i bezpieczeństwie militarnym, dryfowała w stronę zimnowojennego modelu, coraz bardziej oderwanego od potrzeb społecznych. Tymczasem na ulicach Europy nie słabnie opór przeciwko wizji Europy prezentowanej przez polską prezydencję – a jego symbolem pozostaje flotylla wolności z Gretą Thunberg na pokładzie.
Prezydencja to przywilej, ale i współodpowiedzialność za wartości, obrany kierunek i konkretne decyzje. W tym sensie polska prezydencja była nie tylko rozczarowaniem. Była ostrzeżeniem. Jeśli Europa będzie dalej przedkładać kontrakty i interesy wielkich korporacji nad prawa człowieka, a czołgi nad klimat – przegra. Nie z Putinem, a z samą sobą.
Już niebawem pałeczkę przejmie Królestwo Danii – państwo, które tę „utopijną” w oczach wielu polskich liderów wizję polityki klimatycznej od lat wciela w życie nie jako slogan, lecz jako codzienną praktykę bezpieczeństwa i odporności. Tam inwestycje w wysokie standardy prawa, ochronę środowiska i redukcję emisji idą w parze z konkurencyjnością i innowacyjnością, ale też z troską o zdrowie publiczne, dobrostan obywateli i społeczną równowagę – również tę zakorzenioną w filozofii codziennego hygge, której tak brakuje dziś w politykach publicznych.
Dania nie deklaruje odporności na kryzysy. Dania ją konsekwentnie projektuje, wdraża i umacnia – z polityczną dojrzałością, asertywnością wobec korporacji łamiących zasady i spokojną nieugiętością wobec nieobliczalnych przywódców. Gospodarka o obiegu zamkniętym, innowacyjne budownictwo i odnawialne źródła energii, regulacje chroniące dzieci w środowisku cyfrowym, ograniczenia dla big techów i edukacja klimatyczna jako systemowy fundament – to nie katalog ambicji, lecz codzienna praktyka.
To właśnie stamtąd Europa może dziś czerpać najwięcej – o ile Polska, również jako sojusznik, nie wybierze roli hamulcowego. Bo dziś nie chodzi już o spór lewicy z prawicą. Chodzi o zdolność zrozumienia współczesności i odpowiedzialność za to, w jakim kierunku potoczy się przyszłość. Tego właśnie najbardziej zabrakło mijającej polskiej prezydencji: odwagi, wizji i politycznej wyobraźni. Kolejna taka szansa za 13 lat – o ile wtedy jeszcze będzie co ratować.